Light Dark

Tym razem pod lupę bierzemy 31 maja. Choć końcówka tego wiosennego miesiąca może się wielu osobom kojarzyć głównie z leniwym oczekiwaniem na czerwcowy sezon festiwalowy, historia muzyki gitarowej dobitnie udowadnia, że tego dnia działy się rzeczy naprawdę głośne. I to głośne w sensie dosłownym, ponieważ to właśnie 31 maja pobito pewien niesławny, stadionowy rekord decybeli. Ponadto, to dzisiaj wypadają urodziny człowieka, który na zawsze odmienił sposób, w jaki uderza się w bębny. Gotowi na dawkę sprawdzonych rockowych faktów? Zaczynamy!

Najważniejsze wydarzenia i premiery płytowe
Brytyjski terror akustyczny, czyli The Who bije rekord Guinnessa (1976)

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, kto jako pierwszy oficjalnie przetestował wytrzymałość ludzkiego ucha na otwartej przestrzeni, odpowiedź kryje się pod datą 31 maja 1976 roku. To właśnie wtedy brytyjska formacja The Who wystąpiła na londyńskim stadionie Charlton Athletic Football Ground. Sprzęt nagłośnieniowy wygenerował podczas tego widowiska obłędny, fizycznie odczuwalny hałas na poziomie 120 decybeli, a pomiaru dokonano w odległości ponad pięćdziesięciu metrów od sceny! Wyczyn ten został natychmiast oficjalnie wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa w kategorii najgłośniejszego koncertu świata. Roger Daltrey, Pete Townshend, John Entwistle oraz Keith Moon udowodnili tamtego wieczoru dziesiątkom tysięcy fanów, że prawdziwy rock’n’roll musi zostawiać po sobie dzwonienie w uszach na wiele dni.

Rapcore, agresja i kultowe wąsy: premiera „Ill Communication” (1994)

Choć formacja Beastie Boys wywodzi się ze środowiska nowojorskiego hip-hopu, ich czwarty album studyjny zatytułowany „Ill Communication”, wydany 31 maja 1994 roku, jest pozycją absolutnie obowiązkową w płytotece każdego fana gitarowej alternatywy. To właśnie z tego krążka pochodzi nieśmiertelny, przesterowany hymn „Sabotage”, w którym agresywny, pędzący riff basowy spotyka się z pełnymi wściekłości wokalami. Utwór ten wywarł gigantyczny, bezpośredni wpływ na kształtujący się wówczas nurt nu-metalu oraz rapcore’u, a wyreżyserowany przez Spike’a Jonze’a teledysk na stałe zagościł w rockowych pasmach stacji telewizyjnych na całym globie. Zespół udowodnił tym wydawnictwem, że podziały gatunkowe istnieją tylko po to, aby je z hukiem przekraczać.

Rockowe i metalowe urodziny

Przełom maja i czerwca wyraźnie sprzyjał narodzinom utalentowanych instrumentalistów, którzy w kolejnych dekadach swoimi dźwiękami trzęśli światowymi arenami. Gdybyśmy mieli dzisiaj zorganizować symboliczną imprezę, główne toasty powędrowałyby do dwóch wyjątkowych muzyków:

Narodziny boga perkusji: John Bonham (ur. 1948)

To imię i nazwisko dla każdego perkusisty brzmi jak świętość. 31 maja 1948 roku w brytyjskim Redditch na świat przyszedł John Henry Bonham, pieszczotliwie nazywany przez fanów i przyjaciół „Bonzo”. Perkusista legendarnego Led Zeppelin uchodzi do dzisiaj za absolutny fundament ciężkiego rockowego grania. Jego potężne uderzenie, niemal nieludzki groove i innowacyjne podejście do budowania rytmu w kompozycjach takich jak „Moby Dick”, „Kashmir” czy „Immigrant Song” wychowały całe pokolenia muzyków, od Dave’a Grohla po Danny’ego Careya z Toola. Niestety, ten wybitny artysta zmarł tragicznie we wrześniu 1980 roku, co ostatecznie zamknęło historię Led Zeppelin, jednak jego styl gry pozostaje niedoścignionym wzorem.

Scotti Hill i riffy buntu ze Skid Row (ur. 1964)

Dla wielbicieli amerykańskiej sceny końca lat osiemdziesiątych 31 maja to także data urodzin Scottiego Hilla – wirtuoza gitary, który był jednym z głównych filarów popularności grupy Skid Row. Hill był współodpowiedzialny za te charakterystyczne, mocne riffy i drapieżne, dynamiczne solówki, które pozwoliły kapeli wybić się na tle często zbyt mocno wygładzonej sceny glam metalowej tamtych czasów. To właśnie jego wyraziste partie gitarowe napędzały tak gigantyczne, pokoleniowe hity jak „Youth Gone Wild” czy chwytające za serce „18 and Life”.

Skoro dowiedzieliście się już, jak intensywnymi wydarzeniami obrodził trzydziesty pierwszy dzień maja w minionych dekadach, pozostaje wam przed wieczorem zrobić tylko jedną rzecz. Ustawcie suwaki głośności w swoich wzmacniaczach na poziom, który niegdyś z dumą prezentowali panowie z The Who, włączcie ulubioną, zdartą winylową płytę Led Zeppelin i zagrajcie wyimaginowaną, powietrzną solówkę na perkusji ramię w ramię z nieodżałowanym „Bonzo”. Wasi sąsiedzi z pewnością wybaczą wam tę jednorazową, hołdującą historii dawkę hałasu.