Light Dark

W historii rocka nie brakuje dziwnych, odważnych i czasem zupełnie niezrozumiałych projektów sygnowanych nazwiskami legend. Jednym z najbardziej osobliwych przykładów jest Queen: The eYe, czyli gra komputerowa inspirowana twórczością Queen, która do dziś budzi więcej pytań niż zachwytów.

To produkcja, o której część fanów zespołu nigdy nie słyszała. A ci, którzy ją znają, często zadają jedno pytanie: „dlaczego to w ogóle powstało?”.

Pięć płyt CD i zremiksowane klasyki

Na papierze wszystko wyglądało intrygująco. Soundtrack gry został zremiksowany przez Joshua J. Macrae w studiu Rogera Taylora w Surrey. Co więcej, „Queen: The eYe” ukazało się aż na pięciu płytach CD. Każda z nich zawierała utwory Queen w formacie Red Book Audio, dzięki czemu krążki można było odtwarzać jak klasyczne płyty muzyczne.

Niektóre kompozycje były dostępne wyłącznie w trakcie rozgrywki, co dla kolekcjonerów i fanów zespołu stanowiło dodatkowy magnes. W grze można było zobaczyć elementy nawiązujące do ikonografii Queen, w tym okładki albumów. Część motywów fabularnych została później zaadaptowana w musicalu „We Will Rock You”, co tylko dodaje tej historii smaczku.

Problem w tym, że muzyczna otoczka nie wystarczyła, by obronić samą grę.

Nieprzyjazny świat i toporne sterowanie

„Queen: The eYe” wrzucało gracza w mroczną, nieprzyjazną rzeczywistość, w której już po kilku sekundach trzeba było walczyć o przetrwanie. Wrogowie atakowali błyskawicznie, a sterowanie nie należało do intuicyjnych.

Owszem, z czasem można było zdobyć potężniejszą broń, na przykład wyrzutnię rakiet, która ułatwiała eliminowanie przeciwników. Jednak projekt poziomów bywał bezlitosny. Jeśli gracz zbyt wcześnie zużył cenną amunicję, finałowe starcie okazywało się praktycznie niemożliwe do wygrania. Efekt? Konieczność rozpoczynania wszystkiego od nowa i rosnąca frustracja.

Właśnie te elementy – toporne mechaniki, brak wyważenia trudności, nieintuicyjna rozgrywka – sprawiły, że produkcja nie zdobyła popularności. Sprzedaż była słaba, a odbiór wśród graczy i recenzentów chłodny.

Ciekawostka dla kolekcjonerów

Dziś „Queen: The eYe” funkcjonuje raczej jako ciekawostka niż pełnoprawny tytuł, do którego ktoś wraca z przyjemnością. W sieci można znaleźć analizy i materiały wideo rozkładające tę produkcję na czynniki pierwsze – często z nutą niedowierzania, że taki projekt w ogóle ujrzał światło dzienne.

Czy to nieudany eksperyment? Z perspektywy czysto growej – trudno o inną ocenę. Jednak jako element historii zespołu i przykład odważnego, choć chybionego mariażu rocka z interaktywną rozrywką, gra ma w sobie coś ponadczasowego.

Nie chodzi o gameplay, lecz o fakt, że legenda rocka próbowała wejść w zupełnie nową przestrzeń kultury. I choć efekt okazał się daleki od ideału, „Queen: The eYe” pozostaje jednym z najbardziej osobliwych rozdziałów w historii Queen – rozdziałem, o którym nawet wierni fani często nie mają pojęcia.