Ginger Wildheart, frontman kultowej brytyjskiej formacji The Wildhearts, ujawnił, że cierpi na rzadki i agresywny nowotwór krwi. Muzyk deklaruje, że nie zamierza poddać się terapii i chce wykorzystać pozostały czas na granie koncertów oraz pożegnanie z fanami.
Ból na scenie był pierwszym sygnałem
61-letni Ginger Wildheart – właściwie David Leslie Walls – od lat jest jedną z najbardziej charakterystycznych postaci brytyjskiego hard rocka. Problemy zdrowotne zaczęły się podczas trasy koncertowej w 2025 roku promującej album „Satanic Rites of the Wildhearts”.
Jak ujawnił zespół, artysta zmagał się wtedy z nawracającymi, silnymi atakami bólu, które czasem zmuszały go do krótkich przerw w występach. Po zakończeniu tournée przeszedł szczegółowe badania.
Diagnoza okazała się druzgocąca: chłoniak z komórek płaszcza (MCL) – rzadki, ale bardzo agresywny nowotwór układu limfatycznego.
Czym jest chłoniak z komórek płaszcza?
Mantle Cell Lymphoma to odmiana chłoniaka nieziarniczego wywodzącego się z limfocytów B. Choroba występuje stosunkowo rzadko – stanowi około 3–10 proc. wszystkich chłoniaków – ale ma zwykle ciężki przebieg.
Najczęściej diagnozowana jest u osób w wieku 60–70 lat, częściej u mężczyzn. W wielu przypadkach wykrywana jest dopiero w zaawansowanym stadium.
Choć medycyna dysponuje dziś nowoczesnymi terapiami, choroba bywa trudna do wyleczenia, a mediana przeżycia w zależności od ryzyka wynosi zwykle kilka lat.
„Przeżyłem życie dziesięciu osób”
Muzyk w emocjonalnym wpisie podziękował fanom za wsparcie i ogłosił, że nie planuje agresywnego leczenia.
„Przeżyłem życie dziesięciu osób i umrę z godnością. Zostały mi 2–3 lata, żeby się ze wszystkimi pożegnać. Będę grał do samego końca.”
Artysta zaapelował również, by nie traktować go z litością, lecz z pozytywną energią.
Kariera, która przetrwała dekady chaosu
Ginger Wildheart założył The Wildhearts na początku lat 90. Zespół szybko zdobył popularność dzięki wybuchowej mieszance hard rocka, punku i power popu.
Największy sukces przyniósł im album „P.H.U.Q.” z 1995 roku, z którego pochodzą m.in. utwory „I Wanna Go Where The People Go” i „Just in Lust”. Grupa wielokrotnie przechodziła rozpad i reaktywacje, ale zachowała status kultowy – szczególnie w Wielkiej Brytanii i Japonii.
Wildheart działał też w wielu innych projektach i nagrał liczne płyty solowe, pozostając jedną z najbardziej płodnych postaci brytyjskiej sceny rockowej.
„The show must go on”
Mimo diagnozy artysta nie zamierza rezygnować z działalności scenicznej. Zespół zapewnia, że planowane koncerty mają się odbyć, przy czym nadal pracują wspólnie nad nową muzyką.
W środowisku rockowym decyzja wywołała mieszane reakcje – od podziwu dla determinacji po obawy o stan zdrowia wokalisty.
Jedno jest pewne: dla wielu fanów nadchodzące występy mogą stać się ostatnią okazją, by zobaczyć legendę na żywo.
Na scenie, z gitarą w ręku, Ginger Wildheart chce dokończyć swoją historię dokładnie tam, gdzie zaczęła się ponad trzy dekady temu – w hałasie wzmacniaczy, w świetle reflektorów i wśród ludzi, dla których jego muzyka była ścieżką dźwiękową życia.